Usunęliśmy miejsce kultu

Przeczytałem dziś w mediach taką oto informację:
"Decyzję ws. krzyża stojącego od katastrofy smoleńskiej przed Pałacem Prezydenckim powinien podjąć Kościół - mówi rzecznik rządu. Co na to warszawska kuria? - Decyzja należy do władz Warszawy i Kancelarii Prezydenta - uważa jej rzecznik ks. Rafał Markowski. Gdy władze miasta zaproponują, co z tym krzyżem zrobić, władze archidiecezji odniosą się do tej propozycji i wspólnie to rozważymy."
Dreszcz przeszedł mi po plecach i zlany zimnym potem paniki ujrzałem przed oczami straszliwą zbrodnię, jaką całą rodziną przed laty w swej nieświadomości popełniliśmy.
Kiedyś, dawno, dawno temu, w czasach mojego siermiężnego, acz szczęśliwego dzieciństwa na Saskiej Kępie, rodzice postanowili przerwać nieustanny korowód psich ulubieńców i wzięli, dla odmiany małą kotkę.
Minka, bo tak ją z bratem nazwaliśmy, wyrastała zdrowo i radośnie baraszkując po mieszkaniu i przydomowym ogródku. Była taka, jak małe kotki być potrafią: cieplutka, przymilna, łasząca się i terkocząca wdzięcznie na kolanach, ale równocześnie systematycznie zawłaszczająca przestrzeń domową, jako swoje terytorium łowne. Było jej wszędzie pełno, a że umiała się zachować, była czyściutka i towarzyska, stała się ulubienicą całego budynku.
Grasowała często po ogrodzie, a efekty "polowań" w postaci myszek, dżdżownic, motyli, czy ważek przynosiła pod drzwi balkonowe, jakby w hołdzie dla naszej mamy, którą uznawała  chyba za przewodniczkę stada.
W drugim roku jej życia z nami, wczesną jesienią przywędrowały z niewiadomo skąd stada szczurów, panosząc się niemiłosiernie i dokonując dotkliwych strat w piwnicach wszystkich okolicznych domów.
Minka z miejsca stanęła do walki. Toczyła niezliczone potyczki w piwnicy, czego efekt było widać w topniejącej populacji gryzoni. Jednak ktoś, do dziś nie wiem kto, z pośród lokatorów uznał, że jej wysiłki są za mało efektywne i wyłożył w piwnicy trutkę na szczury. Następnego dnia Minka przywłokła się do domu przeraźliwie miaucząc, tocząc krwawą pianę i błagając wzrokiem o pomoc. Było jednak za późno, zdechła w męczarniach.
Pochowaliśmy waleczną kotkę w ogródku, nakrywając to miejsce płytą chodnikową. W najbliższe święto zmarłych, po powrocie z cmentarza, postanowiliśmy z bratem zapalić znicz też i na płycie kotki w ogrodzie. Położyliśmy jej też kilka kwiatków, jak to dzieci. Na nasze nieszczęście miejsce to było widoczne z ulicy, a ogród otwarty. Światełko znicza zwróciło widać uwagę przechodniów, którzy w przekonaniu, iż to jakaś zapomniana mogiłka, spontanicznie zaczęli zapalać na niej świeczki i składać bukiety. Co niektórzy klękali, pogrążali w modlitwie zamaszyście czyniąc znaki krzyża.
Rodzice, gdy zobaczyli co się dzieje, byli przerażeni. Gdyby żałobni goście naszego ogródka dowiedzieli się na czyjej mogiłce kultywują pamięć  zmarłych, o spokój czyjej duszy wznoszą żarliwe modły, ich reakcja mogłaby być gwałtowna, nieobliczalna i przynieść nam opłakane skutki duchowe i materialne. Dlatego też, gdy tylko ostatnia ocierająca oczy żałobniczka opuściła miejsce pochówku kotki, ojciec z naszą pomocą błyskawicznie zabrał do worka niedopalone znicze, podeschnięte kwiatki, a płytę chodnikową wywiózł taczkami na pobliską budowę. Następnego dnia jeszcze kręcili się jacyś smutni przechodnie, pytając gdzie jest ta zapomniana mogiła, lecz my, mając to surowo przykazane, nie puszczaliśmy pary z ust. Tak i cała awantura z czasem przyschła.
Wydawałoby się, że sprawa była oczywista: nasz ogródek, nasza kotka, mogiłka też dziełem naszej inwencji i rąk, a tu taki problem. Wtedy nie mogłem zrozumieć o co rodzice mają do nas pretensje i czego tak się obawiali. Dziś już wiem.
Największym przerażeniem przejmuje mnie fakt, że mogiłkę usunęliśmy bezprawnie. Nie konsultując tego z władzami miasta, ani, tym bardziej z Kurią, nie wspominając już o miejscowym proboszczu. Mniemam jednak i mocno na to liczę, iż po pięćdziesięciu latach ten bliski zdrady stanu czyn poszedł w zatarcie, lub objęła go któraś z licznych amnestii. Ostatecznie krzyż stanowiący teraz punkt zainteresowania najwyższych władz państwowych, kościelnych, mediów i większości obywateli postawili spontanicznie harcerze, czyli dzieci. A taka afera z tego wynikła. Co by to dopiero o całą mogiłkę było, strach myśleć.

Komentarze

  1. Zbrodzień, po prostu zbrodzień!
    Tak trochę obok, ale jednak na temat:
    mieszkam w Poznaniu, tu było jedyne naprawdę udane powstanie i przejęcie w pełni administracji regionalnej. I nikogo to nie wzrusza- pewnie za dobrze poszło i mogiłek było za mało... My Polacy kochamy brać w tyłek i dopiero wtedy jest święto! Co to za pomnik: rolnicza lokomobila parowa Cegieskiego a nie Cmentarz Zasłużonych. Choć taki tu mamy, ale głównie leża na nim jacyś kupcy, bankowcy i literaci,A powstańcy 1918 roku zrobili swoje i wrócili do własnych zajęć...Granda, nawet sąsiadów Niemców nie wykopali! I jaki to może być przykład dla dziatwy szkolnej!? Granda i tyle! iwa

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak, jak ulice krwią nie spłyną, a góry trupów widoku nie zasłonią, to powstania nie ma, nie liczy się. Potem taki szaman voo-doo jak Kaczyński nie ma kogo latami z grobu wyciągać.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty